^Góra strony

foto1 foto2 foto3 foto4 foto5
foto5

Róża Trojan - siostra ks. Jana Machy

Wspomnienia Róży Trojan

Wspomnienia o Haniku

Nasz Hanik! Tak mówiono na ks. Jana w domu rodzinnym. Hanik urodził się 18 stycznia 1914 r. w Chorzowie Starym. Rodzice wtedy zamieszkiwali w domu przy ul. Rodziewiczównej naprzeciw starej elektrowni, był to dom dziadków – Macha. Teraz już tego domu nie ma, został zburzony. W 1918 r. przeprowadzili się na ul. Kościelną 44, niedaleko kościoła, obecnie jest to ulica Bożogrobców. Tam wychowywała się cała rodzina Machów z 2 synami i 2 córkami, tj.: Hanik, Piotr, Róża i Micia.

Hanik, jak zdał maturę zgłosił się do Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie, ale właśnie w tym roku było zbyt dużo kandydatów i Hanik, nie został przyjęty. Nie chciał zostać w domu, więc zgłosił się na Uniwersytet Jagielloński na wydział prawa. Po roku znów zgłosił się do Seminarium i został przyjęty, z czego bardzo się ucieszył. W Krakowie teologię studiował 6 lat. Po zakończeniu studiów i uzyskaniu tytułu magistra wrócił do domu. Tak się cieszył, że nie mając jeszcze święceń kapłańskich, ale miał już tytuł magistra. Chwalił mi się tym, gdyż brata Piotra nie było w domu, bo właśnie był w wojsku. Praca magisterska dotyczyła jego parafii „Monografia parafii Marii Magdaleny w Chorzowie”, praca była tak obszerna i oparta na badaniach starych dokumentów, że komisja uniwersytecka orzekła, żeby zgłosił się za 2-3 lata, aby resztę pracy uznać za pracę doktorską. Jak on się cieszył, ja mu tylko pogratulowałam.

25 czerwca 1939 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Prymicje z pierwszą mszą odprawił 27 czerwca 1939 r. Jak zebrali się koledzy w jadalce, gdzie na stole leżały ubrania liturgiczne do mszy, Hanik chodził po pokoju. Koledzy pytali go nad czym tak myślisz Hanik. On odpowiedział: „Dziś jest dla mnie taki dzień, że trzeba o wszystkim pomyśleć. Myślę o śmierci. Wiecie, co Wam powiem, że ja naturalną śmiercią nie umrę”. „Co Ty mówisz?”. „Tak, zobaczycie, ani od kuli, ani od powieszenia, zobaczycie”. Nastała cisza w pokoju. Ja byłam w drugim pokoju i wszystko dobrze słyszałam, aż się przeraziłam. Akurat przyszli księża ubrać Hanika do mszy i po błogosławieństwie Rodziców wyruszyła procesja do kościoła.

Przyjęcie prymicyjne odbyło się w Klasztorze, gdyż to było niemożliwe zmieścić tyle ludzi w domu. Gości było 120 osób. Kościół był bardzo ładnie przystrojony, wstęgi biało-żółte, które zwisały z góry kościoła, jedna miała 18 m, a było ich 10. Wstęgi te zakupiła i szyła moja Mama. Takiej dekoracji jeszcze nie było. Rodzice siedzieli na krzesłach przed balaskami, ja z bratem i dziadkiem po drugiej stronie i Prezydent Miasta Chorzowa.

Dziwne, że po tylu latach dowiedziałam się od ludzi, którzy uczestniczyli w mszy prymicyjnej, co zauważyli podczas przeistoczenia, ja tego nie widziałam, bo byłam zbyt blisko ołtarza. Były to parafianki z Chorzowa Pani Orlińska i Pani Cichoń. Pani Orlińska już nie żyje, ale Pani Cichoń opowiedziała to swoim lokatorom, że podczas przeistoczenia tej Prymicyjnej Mszy zauważyły, że z góry w kościele piął się biały cienki welon, który owinął się o szyję ks. Jana, te osoby długo o tym pamiętały. Teraz Pani Cichoń też już nie żyje. Ale mówiła to też jej lokatorka Ewa Nowok.

Po prymicjach Hanik pomagał w naszej parafii. Jak wybuchła wojna z Niemcami 1.09.1939 r. Hanik dostał dekret do Rudy Śląskiej, zaraz się spakował i pojechał. Był bardzo zadowolony i ludzie go polubili. Młodszy brat Piotr wrócił z niewoli na początku listopada. Gdy był w domu pracował w Azotach na oddziale czarnym, najbardziej skażona praca, bo uznali, że jesteśmy Polakami. Nastąpiły masowe aresztowania, 18 grudnia 1940 r. zabrali wszystkich do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, nawet naszych wikarych. Hanik był
w Rudzie Śląskiej tam też były aresztowania, zostały tylko kobiety, matki z dziećmi bez środków do życia. Dlatego utworzyli grupę młodych i pomagali tym rodzinom. Hanik chodził po ludziach zamożniejszych i prosił o pomoc, do tej grupy przyłączył się też ks. Herbert Bednorz będąc wikarym. Msze św. były jeszcze odprawiane po polsku, aż przyszedł i w Rudzie zakaz odprawiania po polsku, kiedy odprawiał ostatni raz asperges, ludzie tak płakali, jak kropił kropidłem płynęły Mu łzy po policzkach. Po dwóch tygodniach wszedł na ambonę i miał powiedzieć po niemiecku kazanie, niestety powiedział tylko „Gelobt sie Jesus Christus” i zemdlał, trzeba było Go znosić z ambony.

Ludzie w Rudzie byli bardzo do niego przywiązani, pewnego dnia, miał mszę św. Ludzie myśleli, że jest chory, więc przynieśli na probostwo miód i ciepłe skarpety, ale nie mogli uwierzyć, że został aresztowany, a było to 5.09.1941 r. na dworcu w Katowicach, razem z nauczycielem Skrzekiem. Wtenczas z Rudy dużo ludzi aresztowali. Szukaliśmy Go, nie można było się dowiedzieć, nareszcie znaleźliśmy Jego w „Erzatz lager” Mysłowice, razem z Żydami, Cyganami, byli też ludzie z Rudy. Mama wtenczas bardzo chorowała na nerki, ja jako starsza siostra jeździłam tam do lagru. Raz wzięłam małą paczkę z ciastkami upieczonymi w domu, rodzice zapakowali chusteczki i skarpety. Zdobyłam się na odwagę, miałam wtedy 17 lat, żołnierz był przy bramie, rzuciłam jemu paczkę papierosów i poszłam, dwóch esesmanów siedziało na ławce i więzień czyścił im buty, jak doszłam do nich przeprosiłam i zapytałam „Czy tu jest taki ksiądz katolicki J. Macha?”, oni powiedzieli mi, „Pastor?”, ja mówię „Nie, katolicki ksiądz”, „Tak”, chciałam się zapytać, czy mogę Jemu tę paczkę oddać, widzieli, że była w przejrzystym papierze i zgodzili się, wtedy zapytałam, czy mogę jemu przynieść książkę do modlitwy, odpowiedzieli – „Nie, on nie ma na to czasu”. Więc bardzo im podziękowałam i odeszłam. Ale żołnierz, przy bramie, który nie stał tylko chodził i pytał się mnie, co im powiedziałam, że stoją obydwaj i patrzą za mną, a żołnierzowi podziękowałam jeszcze raz. Ale co się działo za bramą, tyle ludzi, wszyscy się mnie pytali, że ja się nie bałam, przecież nikogo tam nie puszczają, a Pani weszła i paczkę odebrali, tak, choć później dowiedziałam się, że On tego nie dostał, oni to zjedli.

Jak nam donieśli później, On dziennie czy dobrze zrobił, czy źle dostawał 80 pejczy na pośladek, że miał do żywego ciało odbite. Na początku listopada został przeniesiony do więzienia w Mysłowicach, tam można było Jemu przynieść brewiarz i co dwa tygodnie bieliznę. Jak przyniosłam bieliznę to wpierw pod żelazko, bo było pełno wszy i była cała skrwawiona. We więzieniu w Mysłowicach nie było odwiedzin. Tylko co dwa tygodnie paczka i bielizna. Ale jak się dowiedzieliśmy to paczki zjadał ktoś inny.

Z Mysłowic do więzienia katowickiego został przewieziony w kwietniu, wtedy dowiedzieliśmy się, że będzie rozprawa. Jak się dowiedzieli rodzice to postarali się o adwokata, a był to prawnik Waldera z Gliwic. Po miesiącu dowiedzieliśmy się, że z więzienia w Katowicach został zabrany na przesłuchy. Wiemy to dokładnie, gdyż do nas do domu przychodziły 2 panie, które były z Nowego Bytomia i powiedziały, że są z Gestapo, jedna z nich nazywała się Merta – niewierząca, sama nam powiedziała. Zawsze przychodziły pod wieczór, nawet to, że jak od nas odchodziły to były jeszcze zawożone do Hanika na przesłuchy. Ona częstowała jego ciastkami, ale On nigdy nie wziął, a gdyby zabrał to by wszystko mówił, tak, to Pani Merta powiedziała. Ale Hanik powiedział jej tak: „Jest pani matką, to niech Pani mi pomoże, a będę się za Panią modlił”, ale ona Jemu powiedziała „Cicho, bo tu są aparaty podsłuchowe, to mnie nie obchodzi”, mówię prawdę, to ta pani z gestapo nam powiedziała i jeszcze mówiła, że on jest bity. Bałam się, gdyż ojciec trzymał łopatkę do pieca i chciał ją uderzyć, za jej plecami, tylko ja Jego wstrzymałam. Siedziały u nas do późnych godzin, a ja Je musiałam odprowadzić do tramwaju, kiedy z nią szłam to dała mi do zrozumienia, że jak by chciała, to ja bym mogła do domu nie wrócić, a ja jej powiedziałam „Potrafiłaby to Pani zrobić?”. Takie odwiedziny były prawie co tydzień. Przeglądały mi zeszyty, bo chodziłam do szkoły gospodarczej do Bytomia i dziwiły się, że ja piszę tak bezbłędnie po niemiecku.

Z listu brata, który napisał, dowiedziałam się, że rozprawa ma się odbyć w lipcu 17. Nie wiem, kto przysłał do rodziców Panów, że będą bronili brata i rodzice musieli odmówić adwokata z Gliwic, było to już koniec kwietnia. Ale oni zażądali 5000 marek. Taką dużą kwotę. Część pieniędzy pożyczył dziadek Cofałka, resztę pożyczyli krewni. Oni zaś zaproponowali pojechać do Berlina, do Ministra Sprawiedliwości, do Prymasa Niemiec, do siostry Hitlera, z tym, że mamę zabrali ze sobą. Trwało to 3-4 dni. Mama mówiła, że wszędzie byli, ale czas rozprawy się zbliżał i na 4 dni przed rozprawą przyszli panowie i powiedzieli, że to jest ciężka sprawa i jej nie wezmą, ale pieniędzy nie zwrócili. Rodzice jak baranki z powrotem do Gliwic do adwokata Waldery.

Nadszedł dzień 17 lipca. Sąd na ul. Mikołowskiej na 2 – piętrze godz. 9-ta. Jak żeśmy się tam zjawili, Rodzice, siostra mojej mamy Klara Frymel i ja starsza siostra. Młodsza siostra została, by przypilnować w domu. Jak było przed 9-tą, na korytarzu pojawiło się Gestapo, każdy musiał się wylegitymować, kim jest, mogła zostać tylko ścisła rodzina, reszta musiała opuścić korytarz. Do sali sądowej nie byliśmy wpuszczeni. Od godz. 9 do 13, potem było 45- minut przerwy i oskarżeni zostali odprowadzeni do więzienia, obiadu nie mieli, bo było już po obiedzie. O godzinie 14-tej została rozprawa wznowiona. Jak się dowiedzieliśmy nasz obrońca miał zakazane bronić brata, dlatego brat bronił się sam, a obrona jego trwała godzinę. Nawet Gestapo jego upominało, że za długo mówi. Rozprawa trwała do godziny 19-tej. Rodzice siedzieli na korytarzu w kącie, ja zaś stałam tuż przy drzwiach. Jak drzwi się otworzyły widziałam Hanika w kajdankach. Powiedział głośno „Rózia – kara śmierci, ale choć zaraz za nami”, było ich trzech. Rodzice nie potrafili iść tak prędko. Skazańców wprowadzili do windy. Ja pobiegłam szybko pod bramę więzienia, a rodzice powoli, bo był to dla nich ogromny cios. Przyszłam pod bramę więzienia i domagałam, by strażnik nas wpuścił do więzienia, ale on żądał ode mnie przepustki, a ja nie miałam nic, ale za chwilę ktoś mnie po ramieniu klepie, a to brat. Zaczekaj, najpierw my musimy wejść, a potem Wy. No i tak było, osądzeni weszli i zostaliśmy wpuszczeni do pokoju przyjęć w więzieniu. Każda rodzina była w jednym kącie. Brat Hanik prosił tylko, żeby się napić i wszyscy osądzeni, ale strażnik powiedział, że nie wolno. Brat nawet mówić nie potrafił, ale powiedział „Zostańcie”. Jedno prosił, żeby zrobić odwołanie, wyrok może być wykonany do 99 dni. Razem z nim byliśmy 15 minut, nie wolno było się nawet pożegnać, mamie i ojcu było bardzo ciężko. Co zauważyłam jak jechaliśmy do domu, to dwie obce osoby – mężczyźni jechali za nami i obserwowali nasz dom, to też tylko ciocia która była z nami na korytarzu podczas rozprawy mogła przychodzić do nas, bo mieszkała po drugiej stronie ulicy. Ci panowie się zmieniali. Trwało to przez dwa tygodnie. Myśmy byli bardzo ostrożni, nie chcieliśmy nikogo narażać, nawet ostrzegłam moje koleżanki, jak coś to pomówiliśmy w kościele, to nikt nas nie widział. Rodzice nie zwlekali i po dwóch dniach udali się do adwokata, aby pisać o ułaskawienie. Skazańcy mogli mieć odwiedziny. Było tak, że mama chodziła z siostrą Micią, a ja chodziłam na odwiedziny z ojcem. Każdy mógł raz w miesiącu, tak, że co dwa tygodnie żeśmy się widzieli. Dobrze, że siostra chodziła z Mamą, gdyż jak zobaczyła brata to tylko płakała, a mama potrafiła mówić, a u mnie było na odwrót ojciec nie mógł mówić, za to ja mogłam rozmawiać z Hanikiem, dopiero jak opuściłam więzienie, to płakałam. Te odwiedziny trwały do końca listopada. Już minęło 99 dni, więc liczyliśmy, że się chyba coś zmieni, ostatnie odwiedziny mieliśmy z ojcem 20 listopada, pojechaliśmy z ojcem. Odwiedziny były od godz. 14, w ten dzień było bardzo zimno, a musieliśmy czekać na podwórzu, nasza wizyta była ostatnia, dochodziła godzina 19. Byliśmy z ojcem zmarznięci, nareszcie do środka, weszliśmy jak przyszedł Hanik. Powiedział, że chciał się pomodlić i spać, a tu naraz odwiedziny, tak późno. Myśmy nawet nie mogli się przywitać, stół długi na 4 metry. Mówiłam Jemu, że mi się śniło, że wrócił do domu i zasiedliśmy do stołu, jak dawniej. Hanik powiedział: „Ja już nie wrócę”. Ja Jemu powiedziałam, że tak przybyło po twarzy, ale on powiedział „Jestem bardzo słaby”. Później mówię Jemu, że ma takie długie paznokcie, te kciuki, trzeba przynieść nożyczki i je obciąć, ale On powiedział „Nie, bo to jest mi potrzebne do przewracania kartek przy brewiarzu”. Potem mówię Jemu, że w niedzielę będę tu przy więzieniu, żeby Go zobaczyć choć w jakimś oknie, ale On mi odpowiedział „Mnie nie zobaczysz, jestem w głębokiej piwnicy, dzień i noc kajdany mam na rękach i nogach”.

Przy nas byli dwaj strażnicy, powiedzieli koniec odwiedzin. Hanik powiedział „Pozdrówcie wszystkich”. Powiedział też „Rózia uważaj na Micię”, to było ostatnie widzenie i tak mam Jego stale przed oczyma. Razem z Ojcem jechaliśmy do domu bez słowa, tylko łzy nam płynęły.

Ostatniego listopada późno wieczór przyszedł do nas, nasz pan organista. On bardzo lubił Hanika. Pan Heflik jego szwagier, pracował w Katowicach w Gestapo, jak wszedł przeprosił, że tak późno, ale przynosi nam taką dobrą wiadomość, że przyszło z Berlina ułaskawienie. Rodzice tak się ucieszyli i my z siostrą też, ale prosił, by nikomu nie mówić
i tak byliśmy tajemniczy.

5 grudnia 1942 r. jak wracałyśmy z siostrą do domu ze szkoły, zaskoczyło nas to, że ciocie Klara i Maria Kosmala, czekały na nas przy przystanku tramwajowym. Dlaczego? Nie skojarzyłyśmy co się stało, ale one nie powiedziały nam, tylko powiedziały idźcie do domu, bo tam macie wiadomość. Tak, my obie z siostrą leciałyśmy do domu. Przychodzimy, a w domu, Mama nasza siedzi i płacze, trzyma w ręku jakieś pismo, a to był list pożegnalny Hanika. My nie umiałyśmy nawet Jego przeczytać, tylko razem z Mamą w płacz.

No cóż było to właśnie tej nocy, 2/3 grudnia, kiedy nikt nie potrafił spać od 10 wieczór, a to było akurat, jak Hanik był myślami z nami, gdyż pisał ten list pożegnalny, a co jeszcze kropielniczka przy drzwiach spadła, ale się nie potłukła, zegar z kukułką stanął o godz. 00:15, a ciężarki były u góry. Różni zegarmistrzowie później naprawiali ten zegar, ale już nie chodził. W tym dniu był to pierwszy piątek, po południu była godzina święta, poszłyśmy z Mamą, ludzie jak się dowiedzieli zamiast śpiewać, to był jeden szloch w kościele. Przyszedł Pan organista i powiedział, że przyszło ułaskawienie, ale Gestapo nie czekało do rana, tylko w nocy to zrobiono.

Jeszcze trzeba było nam odebrać jego rzeczy, ubranie, szukałam, czy tam nie było coś schowanego, ale nie, tylko różaniec zrobiony ze sznurka, i to jest jako jego relikwia. Mama poszła prosić, czy nie można by było dostać Jego zwłoki, ależ gdzie, nawet nie powiedzieli gdzie ich pochowali, powiedzieli, że to tajemnica. Mama poszła na probostwo zamówić mszę za Niego, ale już było Gestapo, że nie wolno, tylko cicha msza, dwie świece i bez organów, żadnego innego oświetlenia, gdyż nastraszyli proboszcza, że może się dostać tam, gdzie jeszcze nie był.

Msza za spokój Jego duszy, kościół był tak pełny, że nawet w niedzielę na sumie tyle nie było. Tak też Jego powiedzenie, które wypowiedział w dniu Swoich Prymicji się sprawdziły. I już nie ma naszego Hanika, albo „Bratka”, jak sobie bracia do siebie mówili. Myśmy nadal byli obserwowani.

Brat Mamy (Staś, który miał dwór i 270 ha ziemi, ale Niemcy Mu to wszystko zabrali i zrobili Go zarządcą gdzie indziej) w jedną sobotę przyjechał na podwórko, przywiózł co mógł: indyki, wieprzowiny i inne rzeczy do jedzenia i prosił daj to Hanka i ratujmy Hanika. On widzi, że My tak nic nie mówimy. W końcu Mama mówi wszystko na darmo, bo Hanika już nie ma, rozpłakał się jak dziecko, gdyż między nim, a Hanikiem nie było wielkiej różnicy wieku, bardzo się rozumieli, ale trudno został tylko płacz.

My z siostrą zostałyśmy w domu nie chodziłyśmy do szkoły cały tydzień. Dwa tygodnie po śmierci Hanika, Mama będąc po południu w kościele, gdyż każdy dzień sobie chodzili między 4-5 do kościoła, ale w ten dzień jak poszli za chwilę byli z powrotem, myśmy się z Ojcem zadziwili, dlaczego już z powrotem, a Mama mówią „Wiecie kto przyszedł do kościoła? Ta pani z Gestapo „Merta”, ale jaka ona chuda!” Ale długo nie trwało, jak zapukała do naszych drzwi i się pytała, czy może wejść, „Proszę” powiedziałyśmy. Ona mówi do Mamy „Pani Macha, Pani żyje? Ja myślałam, że spotkam Panią w trumnie!” A ja zaraz do Niej „To Pani nam jeszcze tego życzy? Pani już swoje zrobiła, to po co Pani przyszła!”. Mama i Ojciec nic nie mówili. Ona zaś mówiła, tak: „Ja przyszłam powiedzieć, że widzę Jego z Przenajświętszym i mówi mi, że stale będzie się za mnie modlił”, choć ona Mu nie pomogła. No i chwilę posiedziała i poszła. Słuch o Niej zaginął. Podobno wyjechała za granicę. Bo i księża, koledzy brata ją szukali, ale na próżno. Tylko to, że proboszcz Nowego Bytomia widział ją parę razy w kościele, ale zniknęła, nic o niej nie wiadomo.

Jeszcze inne wspomnienia

Jak Hanik był w Rudzie, to pojechałam do niego po szkole z bielizną, a była zima. Zawsze braciszek dawał mi na tramwaj, ale teraz było inaczej, gdyż powiedział, że mi nie da bo nie ma, gdyż wszystko rozdał. Ja się nie przyznałam że mam tylko 10 pfeników. Poszli mnie jeszcze odprowadzić na tramwaj z ks. Gaszem. Akurat jechał tramwaj, ale ja specjalnie się ociągałam, że ten tramwaj odjechał. Powiedziałam nic nie szkodzi przyjedzie następny, ale wy już idźcie, ja zaczekam. Posłuchali mnie i poszli. Ja tylko na to czekałam, jak ich nie było widać, to ja na piechotę doszłam do Chebzia, tam mogłam wsiąść do tramwaju i dojechać do Chorzowa do hali targowej i potem pod hutą koksami 2 km piechotą do domu. Rodzice się martwili, że tak długo nie wracam. Ale ja im o tym powiedziałam dopiero po jego śmierci.

Jak były święta Bożego Narodzenia, to zawsze zapraszali jedną koleżankę na wigilię. Po kolacji szliśmy do pokoju gdzie stała choinka. Hanik grał na skrzypcach, Piotr na fortepianie, a myśmy śpiewali kolędy. Przychodzili jeszcze lokatorzy, którzy mieszkali w tym domu. Po kolędach ubraliśmy się i szliśmy do dziadka po torebki z piernikami, a tu mieszkały 3 zamężne córki. Tam też odśpiewaliśmy kolędy i młodsze dzieci szły do domu a dorośli na pasterkę. A w pierwsze święto to już wszyscy musieli przyjść z rodzinami do dziadka i wszystkie kolędy śpiewać do 8 wieczór. Na drugi dzień to już przychodzili goście. (…).

Brat Piotr, który był w obozie w Oświęcimiu, jak się dowiedział co zrobili z jego „Bratkiem”, chciał pójść na druty, koledzy i księża prosili Jego, wróć do rodziny Twojej, przynajmniej Ty. I wrócił 20 kwietnia 1944 r. (…).

W miesiącu grudniu 1942 r. dowiedział się od nowo przybyłych do obozu więźniów że brat ks. Jan Macha został ścięty w więzieniu w Katowicach przy ul. Mikołowskiej. Najpierw chciał się rzucić na druty, ale po namowach kolegów, że powinienem teraz żyć dla rodziny, jego pragnieniem było wydostać się z obozu i zemścić się na hitlerowskich Niemcach. Posłał do domu gryps, aby czynili starania o zwolnienie z obozu. Nie było to łatwe. Dzięki usilnym staraniom rodziców i krewnych, został z obozu zwolniony 20.04.1944 r. (…)

Copyright 2018  Archidiecezja Katowicka